Małżeństwo podczas kolacji. Pan domu podsuwa swój talerz psu.
- Ależ Romualdzie, nie chcesz chyba oddać swojej porcji Azorowi! - oponuje
małżonka
- Oddać nie - mruczy pod nosem mąż - tylko zamienić...
Wpisz zagadnienie, które chcesz odnaleźć w internecie
Twoja wyszukiwarka
Proimigracyjny kongresman aresztowany pod Białym Domem
2010-05-01
Foto: Reuters/Jose Luis
Moment aresztowania kongresmana Luisa Gutierreza
W wielu miastach w całej Ameryce w sobotę odbywają się proimigracyjne manifestacje. Ich uczestnicy domagają się przeprowadzenia kompleksowej reformy imigracyjnej, a także uchylenia przyjętego niedawno w Arizonie ostrego prawa wymierzonego w nielegalnych imigrantów. Podczas jednej z takich manifestacji w Waszyngtonie aresztowany został kongresman Luis Gutierrez, od lat walczący o przeprowadzenie reformy.
Luis Gutierrez, demokratyczny członek Izby Reprezentantów z Illinois przemawiał do setek uczestników manifestacji zorganizowanej na waszyngtońskim Lafayette Square.
W pewnym momencie zapowiedział, że idzie pod ogrodzenie przed Biały Dom gdzie wraz z innymi protestującymi zamierza siedzieć, aż "reforma imigracyjna zostanie podpisana."
Chwilę po przemówieniu Gutierez krzycząc "Si se puede" ("To jest możliwe") rzeczywiście usiadł w ludzkim łańcuchu pod Białym Domem, trzymając się za ręce z innymi uczestnikami protestu.
Zabezpieczająca manifestację policja kilkakrotnie wzywała do zaprzestania blokady pod Białym Domem. Kiedy jej uczestnicy odmówili Gutierez wraz z kilkunastoma innymi manifestantami został aresztowany i w kajdankach doprowadzony do policyjnego samochodu.
Zgromadzony w pobliżu tłum żegnał kongresmana skandując jego nazwisko i proimigracyjne hasła.
Manifestacje z żądaniem przeprowadzenia reformy i uchylenia restrykcyjnego prawa wymierzonego w nielegalnych imigrantów w Arizonie, odbywają się także w wielu innych miastach w USA, między innymi w Phoenix, Dallas, Los Angeles i Nowym Jorku.
Jedna z największych manifestacji, zorganizowana została w Los Angeles. Według policja wzięło w niej udział około 100 tys. ludzi. Na czele pochodu szła znana latynoska piosenkarka Gloria Estefan.
"Nie będzie zgody na prawo, które może prowadzić do rasizmu i dyskryminacji" – powiedziała odnosząc się do przepisów przyjętych w Arizonie.
Foto: Reuters/David McNew
Manifestacja na Broadwayu w Los Angeles
Uczestnicy manifestacji w Los Angeles nieśli liczne transparenty wzywające do bojkotu Arizony.
Foto: Ewa Kern – Jędrychowska Obecnie dane biometryczne pobierane są od turystów przy wjeździe do USA. W przyszości kontrola taka ma mieć miejsce także przy wyjeździeNie ma szans na to, by Polska w najbliższym czasie weszła do programu ruchu bezwizowego (Visa Waiver Program) – uważają eksperci. Od 1 lipca maksymalny odsetek odmów podań wizowych znów wraca do poziomu 3%. Tymczasem w Polsce współczynnik ten wynosi obecnie 13,8 proc. Polska czeka na wejście do programu ruchu bezwizowego (VWP) od wielu lat. W 2008 roku wyglądało na to, że jest bardzo blisko. Wtedy bowiem okazało się, że współczynnik odmów wizowych – jeden z najważniejszych warunków przyjęcia – spadł w Polsce do 13,8%, przekraczając wymagany pułap tylko o 3,8%. Wydawało się więc, że to kwestia kilku miesięcy, może roku i odsetek ten naturalną drogą spadnie do 10%. Niestety, nie jest to takie proste. Bowiem według ekspertów, z którymi rozmawiał "Nowy Dziennik", od 1 lipca dopuszczalny maksymalny odsetek odmów wizowych wraca, przynajmniej tymczasowo, do poziomu 3% (procent ten został podniesiony z 3 do 10 ustawą z 2007 roku). W konsekwencji Polska znów znacząco oddali się od wymaganego progu. Jak do tego doszło? KAMPANIA OD WIELU LAT O zniesieniu wiz dla Polaków mówi się co najmniej od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. "Właściwie starania zaczęliśmy nawet wcześniej, mniej więcej w 2002-2003" – mówi Paweł Kotowski, radca z Ambasady RP w Waszyngtonie. Wysiłki podjęli także amerykańscy przyjaciele Polski, w tym kongresmani i senatorowie. Od tego czasu zarówno do niższej izby reprezentantów Kongresu, jak i do Senatu wypłynęło po kilka projektów ustaw proponujących włączenie Polski do Visa Waiver Program. Przypominano w nich, że Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej, a przede wszystkim wielkim sojusznikiem USA, partnerem w Iraku i w Afganistanie. "Ale amerykańska polityka wizowa traktowała i traktuje nas jak kraj drugiej kategorii (...) – napisała w oświadczeniu przesłanym niedawno do "Nowego Dziennika" demokratyczna senator Barbara Mikulski z Maryland, która od lat zabiega o zmianę tego stanu rzeczy. – VWP to ważne narzędzie, które pozwoliłoby prezydentowi Obamie i Sekretarz Stanu Clinton ożywić amerykańską politykę zagraniczną". Zarówno Barack Obama, jak i Hillary Clinton popierali w trakcie zeszłorocznej kampanii prezydenckiej zniesienie wiz dla Polski. Wiosną 2008 roku ówczesny senator z Illinois wypełnił ankietę Kongresu Polonii Amerykańskiej, w której napisał m.in., że "rząd amerykański powinien zmodyfikować program ruchu bezwizowego tak, by był zgodny z zasadami bezpieczeństwa naszego kraju i naszą polityką imigracyjną. Powinno to oznaczać poszerzenie programu o takie kraje jak Polska, które pokazały zdolność i wolę współpracy z USA w walce z terroryzmem". Jednak nawet poparcie najważniejszych amerykańskich polityków i dziesiątki rozmów między przedstawicielami Polski i USA niczego nie zmieniły. Wymagałoby to bowiem albo zmian w zapisach amerykańskiego prawa, albo spełnienia przez Polskę kilku istotnych warunków. LICZENIE PROCENTÓW Aby wejść do programu ruchu bezwizowego, dany kraj musi spełniać różnorakie wymogi. Jednym z nich jest wprowadzenie odpowiednio zabezpieczonych paszportów i programu Electronic System for Travel Authorization (ESTA), w ramach którego podróżni muszą wcześniej autoryzować swoją podróż. Jednak chyba największą wagę przywiązuje się właśnie do wskaźnika odrzuconych wniosków o wizy turystyczne w danym kraju. Uważa się bowiem, że konsulowie, którzy rozmawiają z chętnymi do wyjazdu do Ameryki, są w stanie w ten sposób wykryć mniej więcej, jak duża grupa mieszkańców danego kraju zamierza pozostać w USA nielegalnie. Ustawa o imigracji i narodowości (Immigration and Nationality Act) ustaliła dopuszczalną liczbę odmów na poziomie 3%. Ten stan rzeczy zmienił się jednak wraz z przegłosowaniem w 2007 roku Ustawy o wzmocnieniu bezpieczeństwa USA przez wdrożenie rekomendacji Komisji 9/11 (Improving America's Security by Implementing Unfinished Recommendations of the 9/11 Commmission Act of 2007). Zgłoszona do niej przez republikańskiego senatora z Ohio George'a Voinovicha poprawka o bezpiecznych podróżach i partnerstwie ws. przeciwdziałania terroryzmowi (Secure Travel and Counterterrorism Partnership Act of 2007) proponowała reformę Visa Waiver Program. "Idea tej reformy była taka, żeby wzmocnić bezpieczeństwo całego programu – przypomina Kotowski. – Stąd pojawiały się w niej różne nowe elementy, takie jak porozumienia w sprawie wymiany informacji na temat terrorystów, ukradzionych paszportów itd. A z drugiej strony poszerzała ona przywilej podróżowania w systemie VWP o kraje, które są sprzymierzeńcami USA w tzw. wojnie z terrorem. Korzystali na tym zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy poszerzenia programu ruchu bezwizowego. Dlatego kompromis był możliwy. Bo kiedy wcześniej zgłaszano propozycje, na których skorzystać miała tylko Polska, przeciwnicy nic z tego nie mieli i je blokowali". Co prawda, dodana do ustawy Voinovicha klauzula demokratycznej senator z Kalifornii Dianne Feinstein ustalała dopuszczalną liczbę odmów na poziomie 10% (Voinovich nie chciał żadnych ograniczeń), ale wciąż próg ten był zdecydowanie korzystniejszy niż poprzednio. Dzięki temu w listopadzie 2008 roku do programu – do którego należały wcześniej niemal wszystkie kraje "starej" Unii Europejskiej, z wyjątkiem Grecji – przyjęto 7 nowych państw: Czechy, Estonię, Węgry, Koreę Południową, Łotwę, Litwę i Słowację. W grudniu tego samego roku dołączyła do nich także Malta. Premier Czech Mirek Topolanek powiedział wtedy, że posunięcie to "oznacza usunięcie ostatnich pozostałości komunizmu i zimnej wojny". Nie dla Polski. PROBLEMY Z KONTROLĄ PRZY WYLOCIE Tymczasem odsetek odmów wizowych w Polsce ciągle spada i, według Janusza Buszyńskiego z ambasady amerykańskiej w Warszawie, w ciągu roku, najwyżej dwóch lat należałoby się spodziewać, że spadnie on poniżej 10%. Mimo to wejście Polski do programu może zablokować inny zapis ustawy wprowadzającej reformę VWP, według którego od 1 lipca maksymalny odsetek odmów znów wraca do poziomu 3%. "Według tego zapisu, jeśli do 30 czerwca 2009 r. Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) nie zdoła wprowadzić tzw. biometric air exit system, czyli rejestracji danych biometrycznych osób wyjeżdżających z terytorium USA drogą lotniczą, to uprawnienie do stosowania 10% odmów wizowych zostaje zawieszone z dniem 1 lipca 2009 r. – tłumaczy Kotowski. – I na tym polega cały nasz problem, że jedna rzecz została kuriozalnie uzależniona od drugiej, pomimo że nie mają one ze sobą wiele wspólnego". Według Kotowskiego był to jednak kompromis, który udało się osiągnąć w Kongresie podczas dyskusji nad zmianami w programie ruchu bezwizowego między zwolennikami i przeciwnikami jego rozszerzenia. "To, że Amerykanie tego systemu rejestracji na lotniskach nie wprowadzą do tego czasu, już wiemy" – mówi Kotowski, który z drugiej strony szuka pocieszenia w innym zapisie, mówiącym, że w momencie wprowadzenia biometric air exit system automatycznie wraca uprawnienie stosowania progu 10% odmów wizowych. Nie trzeba będzie do tego żadnej dodatkowej ustawy. Kiedy to może nastąpić? Póki co w początkach czerwca DHS wprowadza na dwóch lotniskach pilotażowy program, który potrwa przez miesiąc. "W Detroit dane biometryczne będą pobierać funkcjonariusze Urzędu ds. Ceł i Ochrony Granic (CBP), a na lotnisku w Atlancie będzie to zadaniem funkcjonariuszy Agencji ds. Bezpieczeństwa Transportu (TSA) – mówi Anna Hinken z DHS. – Po zakończeniu programu próbnego przeanalizujemy dane i wydamy ostateczną instrukcję wdrażania systemu. Spodziewamy się, że na stałe wejdzie on w życie w przyszłym roku, ale nie znamy dokładnej daty". Eksperci twierdzą jednak, że proces ten może się przeciągnąć, gdyż wprowadzenie systemu biometric air exit jest dość skomplikowane. Do tej pory pobieraniem danych od osób wyjeżdżających z USA zajmowały się linie lotnicze, które potem przekazywały pewne dane do DHS. Teraz mieliby to robić urzędnicy amerykańscy, trzeba zatem ustawić dodatkowe stanowiska, wyposażyć je w odpowiednią technologię, ale też przeszkolić ludzi, którzy będą kontrole prowadzić. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień. DWUSTRONNE POROZUMIENIA Aby przyjęcie Polski do programu ruchu bezwizowego było możliwe, konieczne jest spełnienie jeszcze jednego warunku – podpisania obustronnego porozumienia w kwestiach bezpieczeństwa (tzw. security arrangements), w których państwa zobowiązują się m.in. do wzajemnego przekazywania sobie danych nt. osób podejrzewanych o działalność terrorystyczną. "Polskie władze są oczywiście otwarte na tego rodzaju negocjacje, gdyż one służą wzmocnieniu bezpieczeństwa" – zapewnia radca Kotowski. Jak to jednak możliwe, że Polska jeszcze takowych porozumień nie ma, skoro miało je 8 państw przyjętych do programu w ubiegłym roku? Kotowski tłumaczy, że państwa te, wiedząc, iż mają szansę na przyjęcie do programu, negocjowały je od jakiegoś czasu. "My mieliśmy sygnały od ambasady amerykańskiej, że raczej nie ma szans na zejście do 10%. W końcu w 2007 roku poziom odmów wiz dla Polaków wynosił ponad 25%. W tym samym czasie tamte państwa miały od 2 do 12%, więc wiadomo było, że pod tym względem są bardzo blisko albo już się kwalifikują. Wtedy też na świecie panował boom ekonomiczny, Europejczycy raczej szukali pracy na Starym Kontynencie i tendencja, jeśli chodzi o procent odmów, była spadkowa, więc kraje te liczyły na to, że się zakwalifikują". Jednak nawet Rumunia, która w 2008 roku miała 25% odmów wizowych, a w 2007 – 37,7%, podjęła takie negocjacje, które doprowadziły do podpisania wstępnego memorandum, niezbędnego do późniejszego zawarcia ostatecznych porozumień. Podobne starania podjęła Bułgaria. W efekcie w 2008 roku ówczesny sekretarz DHS Michael Chertoff podpisał z ich przedstawicielami deklarację w sprawie włączenia ich do programu. Deklaracja ta, mimo że nie ma wiążącego charakteru, wskazała Rumunię i Bułgarię jako państwa, które znajdują się na dobrej drodze do zostania członkami grupy państw ruchu bezwizowego. "Na to naciskała bardzo strona rumuńska i bułgarska, uważając, że podpisanie takiej deklaracji, nawet jeśli jest ona niewiążąca, będzie zwiększać szanse, że nowa administracja będzie ten proces kontynuować – twierdzi Kotowski. – To na razie do niczego nie doprowadziło. Ponadto te państwa nawet nie są w strefie Schengen, którą można określić jako obszar bezpiecznych podróży w Europie. To, że Polska do tej strefy należy, zwiększa w oczach Amerykanów wiarygodność naszego kraju". Jak ważne są tego rodzaju porozumienia i przekonanie Amerykanów o tym, że dany kraj jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo pasażerom, może świadczyć przypadek Grecji, gdzie odsetek odmów wizowych od lat jest poniżej 3%, "ale ponieważ Amerykanie wciąż mają wątpliwości co do tego, czy greckie lotniska są bezpieczne, czy ich paszporty spełniają odpowiednie wymagania, no i jakie konsekwencje może przynieść konflikt o Cypr – Grecja nadal czeka w kolejce, tak jak my, tylko z innych powodów" – przypomina Kotowski. W POSZUKIWANIU INNYCH OPCJI Kiedy w 2007 roku trwała debata na temat reformy VWP, administracja prezydenta Busha proponowała, żeby dać jej prawo całkowitego zawieszenia kryteriów procentu odmów wizowych. "Generalnie forsowano wtedy ideę, że jeśli dane państwo nie stanowi zagrożenia antyterrorystycznego i wspiera Amerykę w wojnie w Iraku czy w Afganistanie, to ze względu na te zasługi należy dać prawo administracji uchylenia stosowania tych wszystkich sztucznych kryteriów z zamierzchłych czasów i włączenia danego kraju do VWP" – wspomina Kotowski. Ten plan nie spotkał się jednak z aprobatą Kongresu i w rezultacie doszło do dziwnego kompromisu legislacyjnego, który utrzymywał dawne kryteria włączania do programu, choć na tyle je tymczasowo liberalizował, że 8 krajów zdołało do niego dołączyć. Obecnie właściwie ani prezydent, ani sekretarz stanu nie mogą autorytatywnie wydać decyzji o przyjęciu Polski do WVP. Przedstawiciele Rady ds. Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) przy Białym Domu i Departamentu Stanu powiedzieli zresztą w rozmowie z naszą gazetą, że nie są świadomi żadnych wysiłków w tym kierunku. Największy udział w procesie negocjacyjnym ma sekretarz DHS. Jak powiedział nam rzecznik tej instytucji Matt Chandler, jego departament współpracuje z Polską nad "ułatwieniami, które miałyby zapewnić bezpieczne podróżowanie między krajami", co jest niezbędne, by Polska została przyjęta, jednak nie był w stanie podać żadnych konkretów. Ułatwić sprawę mógłby także Kongres. Według Kotowskiego jedną z możliwości byłoby na przykład ustawowe przedłużenie terminu, w którym wchodzi zawieszenie 10-procentowego progu odmów wizowych. Z kolei Kongres Polonii Amerykańskiej podejmuje innego rodzaju próby. "Podczas naszych spotkań z przedstawicielami Kongresu sugerowaliśmy na przykład podwyższenie poziomu odmów, tak żebyśmy się od razu kwalifikowali do programu, oraz powrót do pomysłu nadania administracji całkowitego uprawnienia do włączania krajów według ich zasług" – mówi dr Barbara Andersen z waszyngtońskiego oddziału KPA. Jednak na Kapitolu jest zbyt wielu przeciwników programu. Senator Feinstein proponuje wręcz, by dopuszczalny poziom odmów zmienić na 2% i by wszystkie kraje obecnie należące do programu dokładnie pod tym względem sprawdzić. ROLA POLONII Radca Paweł Kotowski podkreśla, że o ile strona polska rozumie uwarunkowania legislacyjne, które uzależniają decyzję od Kongresu, o tyle Amerykanie powinni spojrzeć na problem również z punktu widzenia wizerunku USA w Polsce. "Jeżeli administracji zależy na poprawie relacji i wizerunku u zaufanych sojuszników w Europie – to ten mały gest dla Polski przyniósłby ogromne pozytywne efekty. Bo Polska od zawsze była krajem proamerykańskim i sentymenty proamerykańskie są głęboko zakorzenione w świadomości polskiej". Z kolei Barbara Andersen widzi tu wielkie wyzwanie dla Polonii. "Siła Polonii powinna polegać na telefonach i e-mailach od wyborców z poszczególnych stanów do reprezentujących ich senatorów i kongresmanów, tak żeby oni wiedzieli, iż to ważna kwestia dla ich elektoratu". Niestety, z doświadczeń Andersen nie wynika, by Polonia ten mechanizm rozumiała. Z drugiej jednak strony może też dziwić fakt, że rząd polski jeszcze nie wynegocjował obustronnych porozumień w kwestiach bezpieczeństwa. Dobrze by było, gdyby Polska miała je podpisane w momencie, kiedy Amerykanie wprowadzą system kontroli pasażerów przy wylocie i próg odmów wizowych wróci do poziomu 10%. Skąd się wziął program ruchu bezwizowego?VWP został wprowadzony w 1986 roku. Miał ułatwiać podróżowanie obywatelom zamożniejszych krajów, a jednocześnie sprawiać, że amerykański Departament Stanu mógł swoje siły skupić na innych krajach, które potencjalnie stwarzały większe zagrożenie. Obywatele krajów objętych tym programem mogą przyjeżdżać do USA bez ubiegania się o wizę w celach turystycznych lub biznesowych i pozostać tu na okres do 90 dni.Do programu Visa Waiver należą obecnie:Andora, Australia, Austria, Belgia, Państwo Brunei, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Islandia, Irlandia, Włochy, Japonia, Lichtenstein, Luksemburg, Monako, Holandia, Nowa Zelandia, Norwegia, Portugalia, San Marino, Singapur, Słowenia, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria i Wielka Brytania oraz przyjęte w 2008 roku Czechy, Estonia, Węgry, Korea, Łotwa, Litwa, Słowacja i Malta. Odsetek odmów wizowych w przypadku Polski:2006 – 26,2% 2007 – 25,2% 2008 – 13,8%
Jeśli rakieta Korei Północnej skieruje się ku Japonii, ta nie zawaha się przed reakcją - ostrzega Tokio. "Jesteśmy uprawnieni do zestrzelenia takiego obiektu zmierzającego ku obszarowi Japonii" - oświadczył rzecznik rządu tego kraju. Tymczasem Phenian zapowiadał wcześniej, że próba zestrzelenia rakiety będzie oznaczać wypowiedzenie wojny. Phenian nadal podkreśla, że wystrzelenie rakiety to próba wyniesienia na orbitę satelity komunikacyjnego. Ale nikt komunistom nie wierzy. Już wcześniej Korea Północna testowała rakiety dalekiego zasięgu, oficjalnie przedstawiając je jako próby wystrzelenia satelity.
Armia Korei Północnej gotowa do wojny
Do tej pory Japonia unikała ostrych wypowiedzi na temat koreańskich planów. Ale po określeniu przez ten kraj i japońskich ekspertów potencjalnych "stref zagrożenia", Tokio postanowiło zaprotestować.
Swój gniew z powodu północnokoreańskich planów wyraził premier Japonii. "Mogą to nazywać satelitą albo czymkolwiek, ale będzie to pogwałcenie rezolucji ONZ" - powiedział Taro Aso w nawiązaniu do prawa zabraniającego Phenianowi prób balistycznych.
Zdecydowane kroki zapowiedział też minister obrony Japonii. "Poradzimy sobie z każdym obiektem zmierzającym w naszą stronę. Jesteśmy przygotowani na każdą sytuację" - oświadczył Yasukazu Hamada. Legalność takich działań potwierdza rzecznik rządu. "Zgodnie z prawem, w ramach obrony bezpieczeństwa kraju, jesteśmy uprawnieni do zestrzelenia takiego obiektu zmierzającego ku obszarowi Japonii" - powiedział Takeo Kawamura.
Tymczasem Phenian zapowiadał wcześniej, że każda próba zestrzelenia rakiety wywoła wojnę. "Odpowiemy na każdą próbę przechwycenia naszego pokojowego satelity komunikacyjnego natychmiastowym kontruderzeniem z wykorzystaniem najpotężniejszych środków militarnych" - ogłosił Phenian. "Zestrzelenie satelity będzie jednoznacznie oznaczało wypowiedzenie wojny" - oświadczono w zeszły piątek.
Japonia poczuła się zagrożona, bo rakieta miałaby przelecieć w odległości zaledwie 130 kilometrów od jej północno-zachodniego wybrzeża. Pierwszy człon rakiety spadnie zapewne około 100 kilometrów od wybrzeża japońskiej wyspy Honsiu, a drugi - do Pacyfiku, 2 tysiące kilometrów od prefektury Chiba.
To oznacza, że koreańska rakieta przetnie dwa ważne azjatyckie szlaki lotnicze: główny korytarz powietrzny samolotów lecących z Europy do Japonii oraz szlak powietrzny Japonia - USA. Dlatego japońskie ministerstwo transportu wydało już ostrzeżenie dla samolotów i jednostek morskich, które mogłyby znaleźć w strefach zagrożenia w momencie wystrzelenia północnokoreańskiej rakiety.
Ciotka prezydenta USA Zeituni Onyango, która mieszka nielegalnie w Stanach Zjednoczonych, przygotowuje się do zaplanowanych na 1 kwietnia przesłuchań w sprawie grożącej jej deportacji.
Imigrantka z Kenii, która osiedliła się w Bostonie, wzbudziła w minionym roku ogromne zainteresowanie środków masowego przekazu. Otrzymała ona nakaz deportacji w 2004 roku. Aby uniknąć rozgłosu, przeprowadziła się do rodziny w Cleveland. Przed przesłuchaniami wróciła jednak kilka tygodni temu do swego komunalnego mieszkania w Bostonie.
Onyango ma blisko sześćdziesiąt lat i chodzi z laską. Media opisują ją jako wysoką, słabowitą osobę. W styczniu uczestniczyła w uroczystościach inauguracji prezydenta Obamy w Waszyngtonie.
Imigrantka jest siostrą przyrodnią nieżyjącego już ojca prezydenta. Zginął on w wypadku samochodowym w 1982 roku. Obama spotkał ciotkę w czasie podróży do Kenii. Pisał też o niej w pochodzących z 1995 roku pamiętnikach "Dreams from My Father". Twierdzi, że nie wiedział o imigracyjnych kłopotach kobiety.
Zdaniem rzecznika Białego Domu prezydent nie ingeruje w postępowanie sądowe i sądzi, że powinno mieć normalny przebieg.
Krytycy Onyango oburzają się, że żyje ona w osiedlu komunalnym finansowanym z pieniędzy podatników, podczas gdy tysiące obywateli USA i legalnych imigrantów musi czekać w kolejce na podobne mieszkania. Widzą w tym przejaw faworyzowania kobiety ze względów politycznych. Inni ostrzegają jednak, że może ona mieć podstawy prawne, by pozostać w USA.
Los Kenijki decydował się będzie podczas przesłuchań pod przewodnictwem sędziego imigracyjnego Leonarda Shapiro. Prawniczka Onyango, Margaret Wong, doprowadziła w grudniu do ponownego rozpatrzenia sprawy. Rozprawa odbywać się będzie przy drzwiach zamkniętych.
AD, (R)
W niektórych regionach i branżach pracy nie brakuje
Podczas gdy miliony ludzi tracą zatrudnienie i rosną gwałtownie wskaźniki bezrobocia, kilka stanów i sektorów przemysłowych oferuje nowe miejsca pracy. Jak twierdzi Biuro ds. Statystyk Zatrudnienia (BLS), w styczniu nową pracę otrzymało blisko 4,4 mln ludzi.
Ponadto odnotowano trzy miliony wakatów. Było ich mniej aniżeli w grudniu 2007 roku, kiedy zaczęła się recesja. Nie mogą też zrównoważyć ubytków, w styczniu br. straciło bowiem lub odeszło z pracy 49 mln ludzi. Dane wskazują jednak na obecność jasnych plam - na rozwój sektorów zapewniających nawet teraz stabilne posady.
"Nie ma szukających pracy pielęgniarek" - przekonuje Mary McNamara ze Stowarzyszenia Amerykańskich Pielęgniarek. Dużym problemem jest natomiast znalezienie profesorów kształcących nowe pielęgniarki, które sprostałyby zapotrzebowaniu.
Według BLS opieka zdrowotna jest 2,5-bilionowym sektorem, którego każdy segment rośnie. Brak jest pielęgniarek, techników laboratoryjnych i asystentów lekarzy.
We władzach federalnych powstaje więcej miejsc pracy niż w lokalnych. Nawet jednak miasta, powiaty i okręgi szkolne oferują zatrudnienie. Zatrudniają łącznie 15 milionów ludzi, czyli siedmiokrotnie więcej niż administracja USA. Najbardziej poszukiwani są pracownicy w edukacji, policji, straży pożarnej, robotnicy dla infrastruktury i robót drogowych. Najmniejsze jest zapotrzebowanie na urzędników administracyjnych.
Chociaż w mniejszym tempie, przybywa także wolnych miejsc w branży energetycznej (ropa naftowa, gaz, energia elektryczna).
W dobie recesji wskaźnik bezrobocia wzrósł w każdym stanie. Tym niemniej w niektórych jest tak niski, że można niemal mówić o pełnym zatrudnieniu. Tak jest w Wyoming, Nebrasce, Utah, oraz Dakocie Południowej i Północnej".
AD, (R)
Marek Kamiński w "Nowym Dzienniku"
W Galerii "Nowego Dziennika" w poniedziałek zabrakło miejsc dla wszystkich chętnych, którzy chcieli zobaczyć najsławniejszego polskiego podróżnika.
Marek Kamiński opowiadał o swoich - legendarnych już - wyprawach: pieszym przejściu w poprzek Grenlandii (dystans 700 km), dotarciu do bieguna północnego wraz partnerem i samotnym dotarciu do bieguna południowego; także o pokonaniu pieszo, w trzyosobowym zespole, pustyni w Australii.
Najbardziej emocjonalne reakcje wzbudziła na sali opowieść o zabraniu na wyprawy na obydwa bieguny 14-letniego, niepełnosprawnego chłopca. Wzruszenie, ale też i rozbawienie wywołała natomiast relacja o podróżach po Polsce Marka Kamińskiego z żoną (także podróżniczką, zdobywczynią bieguna) i z ich półtoraroczną córeczką.
Podróżowanie w młodym wieku nie jest zresztą niczym nowym w rodzinie Kamińskich. Marek na pierwszą samotną wyprawę - statkiem frachtowym do Maroka - udał się, gdy miał zaledwie 14 lat. Dziś pan Marek stara się, jak powiedział, więcej czasu spędzać w domu z żoną i dwójką dzieci.
Odpowiadając na pytanie z sali podkreślił, że pokonanie własnej słabości w czasie trudnej wyprawy nie oznacza trwałego uodpornienia na różnorakie przeciwności życia. Mówił o tym, jak radził sobie z samotnością podczas wypraw, z czego czerpał siłę (także dosłownie: co jadł podczas ekspedycji). Tłumaczył, że każdy z nas może pokonać słabości i osiągnąć swoje cele, i niekoniecznie musi to być biegun czy podróż w dosłownym sensie.
Marek Kamiński mówił także o prowadzonej przez siebie fundacji, która pomaga dzieciom niepełnosprawnym w Polsce (więcej o fundacji: www.kaminski.pl).
Wieczór odbył się pod auspicjami Polonijnego Klubu Podróżnika, który reprezentował wiceprezes Piotr Nawrot. Spotkanie prowadziła zaś redaktorka "Nowego Dziennika" Julita Karkowska.
JL
Katastrofa u wybrzeży New Jersey
Co najmniej jedna osoba nie przeżyła zatonięcia łodzi rybackiej w wodach oceanu około 75 mil od Cape May, na południu New Jersey.
We wtorek rano wyłowiono trzy osoby, a wczesnym popołudniem nadal trwały poszukiwania pozostałych czterech pasażerów 7-osobowej łodzi rybackiej "Lady Mary", która wypłynęła na wody oceanu z Cape May, położonego 40 mil na południe od Atlantic City.
Około 7:30 rano pracownicy nabrzeżnych służb ratowniczych dostali sygnał z systemu radiowego o zatonięciu łodzi rybackiej i wysłali helikopter w poszukiwaniu jej pasażerów. Godzinę później na miejscu tragedii znaleźli pustą łódź ratunkową oraz pływające wokół niej trzy osoby ubrane w kamizelki ratunkowe. Po przewiezieniu do szpitala stwierdzono zgon jednej z nich, stan drugiej był ciężki, trzecia osoba była przytomna i poinformowała o czterech pozostałych pasażerach "Lady Mary". Rozbitek nie był w stanie powiedzieć, co spowodowało zatonięcie łodzi.
W momencie katastrofy fale na oceanie sięgały 4-7 stóp, temperatura wody miała ok. 40 stopni Fahrenheita, a powietrza - 30. "To warunki, w których łatwo stracić życie bez odpowiedniego zabezpieczenia" - powiedział oficer Straży Przybrzeżnej Andrew Kendrick.
Przypuszcza się, że łódź zaczęła tonąć około 5 rano, a wyłowieni rozbitkowie pływali w wodzie przez co najmniej godzinę.
AS, (R)
Lubimy Bloomberga, Patersona coraz mniej
Nowojorczycy uważają Bloomberga za zimnego, ale cenią jego dokonania.
Z najnowszych badań Quinnipiac University wynika, że dwóch na trzech nowojorczyków (62 do 31 procent) pozytywnie się wypowiada na temat burmistrza Nowego Jorku Michaela Bloomberga. Mieszkańcy miasta cenią go za osiągnięcia i wyrażają poparcie w listopadowych wyborach, niewiele zwracając uwagi na pozostałych kandydatów do fotela burmistrza - 55 procent zapytanych stwierdziło, że niewiele nawet wie na temat Anthony'ego Wienera, jednego z kontrkandydatów Bloomberga, a jeszcze więcej, bo 68 procent, na temat drugiego rywala - rewidenta miejskiego Williama Thompsona.
Poparcie dla Michaela Bloomberga nie zmieniło się od listopada ub.r. - wówczas burmistrz znalazł się pod ostrym ostrzałem krytyki, gdy zdecydował zmienić prawo, tak aby pozwalało mu na ubieganie się o trzecią kadencję w administracji miejskiej.
Opinia publiczna obchodzi się z Bloombergiem o wiele łagodniej niż np. z gubernatorem New Jersey Jonem Corzinem, który ze względu na pogarszającą się sytuację gospodarczą traci sympatię mieszkańców Stanu Ogrodów, oraz gubernatorem Nowego Jorku Davidem Patersonem, którego notowania są najgorsze odkąd objął stanowisko rok temu. Według sondażu Siena Research Institute tylko 29 procent respondentów pozytywnie się wypowiada na temat nowojorskiego gubernatora, a tylko 14 procent wyraziło chęć głosowania na niego w przyszłorocznych wyborach.
Mimo dużej sympatii dla burmistrza Bloomberga nowojorczycy określają go jako zimnego i bezwzględnego biznesmena-miliardera, który nie potrafi się wczuć w sytuację zwykłych ludzi.